Recenzja: Shing!

“Prawa gałka by wszystkich zabić” oto motto Mass Creation

Czy da się przejść całą grę bez uczenia się skomplikowanych kombinacji ataków? Takie pytanie na pewno pojawiło się w głowach twórców z Mass Creation kiedy pracowali nad Shing!. Zapomnijcie więc o zgłębianiu tajemnych zwojów zawierających pradawne techniki walki. Przygotujcie się natomiast na intensywne używanie prawej gałki analogowej, ponieważ to właśnie ona stanie się waszym najlepszym towarzyszem podczas zabawy.

Czym jednak jest Shing! ? W założeniach jest to klasyczna gra beat’em up, w której będziemy parli w prawą stronę ekranu, mordując przy tym setki wrogów i od czasu do czasu będziemy zgłębiać prostą historię, która dla wielu będzie jedynie pretekstem do szalonej zabawy. Żeby już teraz zamknąć kwestie fabularne, to cała przedstawiona intryga kręci się wokół pogoni za skradzionym Gwiezdnym Ziarnem. Ten tajemniczy artefakt został wykradziony przez demony zwane Yokai i to właśnie od nas, czyli czwórki łowców zależą losy wielu istnień.

Pomimo tego, że fabuła jest prosta, to ja bawiłem się podczas jej odkrywania nad wyraz dobrze. Elementem, który mocno pomaga w chłonięciu historii są specjalne miejsca, gdzie nasi bohaterowie, mogą złapać trochę tchu i podebatować o aktualnych wydarzeniach. Osobiście dla mnie są to jedne z ciekawszych momentów podczas zabawy, bo dostajemy delikatne rozbudowanie naszych herosów, dzięki czemu nie mamy wrażenia, że postaci różnią się od siebie jedynie wyglądem.

W tym momencie, jeśli popatrzymy na Shing!, to ukazuje nam się do bólu sztampowa gra beat’em up, gdzie po prostu idziemy i szlachtujemy kolejne zastępy wrogów. Diabeł jednak jak zwykle tkwi w szczegółach. Twórcy od samego początku chwalili się tym, że w ich grze system walki będzie inny niż w każdej produkcji z tego gatunku. Osiągnęli to wykonując jedną prostą czynność (inni twórcy ich nienawidzą – zobacz ich sposób), mianowicie wszystkie ataki wyprowadzamy przy użyciu prawej gałki analogowej. Tym samym nie musimy zaprzątać sobie głowy zapamiętywaniem wymyślnych sekwencji przycisków.

Dodajmy do tego fakt, że całe sterowanie przy dobrych wiatrach można ograniczyć do używania gałek analogowych oraz przycisków znajdujących się z przodu pada i mamy przepis na sukces. Brzmi jak coś, co może sprawiać kłopoty? Na samym początku tak, ponieważ sam co chwila łapałem się na tym, że chciałem walczyć przy pomocy standardowego ułożenia przycisków. Na szczęście gra daje nam odpowiednią ilość czasu, żeby zaaklimatyzować się w nowych realiach i tak naprawdę po chwili możemy już wymiatać podczas starć. Tym, co dodatkowo podnosi przyjemność płynącą z rozgrywki, jest fakt, że nasi czterej łowcy, czyli Tetsuo, Aiko, Bichiko oraz Wilhelm dosyć mocno różnią się od siebie, co sprawia, że każdorazowa zmiana odmienia naszą rozgrywkę o 180 stopni.

Niestety jak to zwykle bywa nie ma róży bez kolców. W przypadku omawianej produkcji moimi największymi zarzutami są dwie kwestie. Pierwsza z nich to monotonia wkradająca się pod koniec zabawy, zwłaszcza jeśli ogrywamy tytuł w dłuższych sesjach. Idealnie obrazują to starcia z bossami, ponieważ w dużej mierze sprowadzają się one do używania sztuczek, dzięki którym posyłaliśmy w niebyt zwykłych Yokai. Boli to o tyle bardziej, że same projekty przeciwników są bardzo dobre i szkoda, że za wyglądem nie idzie różnorodność starć.

Drugą natomiast jest poziom trudności, który w kilku miejscach zalicza spory skok względem poprzednich etapów. Ta bolączka również objawia się pod koniec gry, kiedy kilka razy musimy stawić czoła zmasowanym atakom wielu zróżnicowanych wrogów i widoczny na ekranie chaos może spowodować, że będziemy musieli czym prędzej cofnąć się do punktu kontrolnego w celu powtórzenia starcia.

Od strony wizualnej tytuł wypada bardzo dobrze. Projekty głównych bohaterów stoją na bardzo dobrym poziomie, dzięki czemu każdy znajdzie dla siebie postać, która pasuje do osobistych preferencji. Bardzo cieszy fakt, że twórcy postawili na różnorodność lokacji, dzięki czemu czujemy, że bierzemy udział w wielkiej wyprawie od której zależą losy przedstawionego świata. W kwestii udźwiękowienia również nie można mieć zastrzeżeń, aktorzy głosowi wykonali kawał dobrej roboty, a muzyka świetnie współgra z wartką akcją. Tytuł testowałem na laptopie oraz komputerze stacjonarnym i pomimo przepaści wydajności jaka dzieli oba sprzęty, to nie uświadczyłem żadnych problemów z optymalizacją i mogłem cieszyć się płynną rozgrywką przez cały czas.

Gdybym miał podsumować Shing! jednym zdaniem to byłoby to na pewno: świetny beat’em up z drobnymi rysami. Pomimo tego, że warstwa fabularna do ambitnych nie należy, pod koniec może nas dopaść nuda, a poziom trudności czasami może dać w kość, to bawiłem się przy produkcji Mass Creation świetnie. Jeśli więc macie pod ręką garść złotówek oraz PlayStation 4 bądź komputery osobiste to pomyślcie o inwestycji w ten ciekawy tytuł. A jeśli macie na podorędziu tylko takie konsole jak Xbox One czy Nintendo Switch, to na tych platformach  gra zadebiutuje już pod koniec tego roku.

Default image
Mateusz Papis
Od 17 lat zagorzały fan popkultury. Swoją przygodę rozpocząłem od automatu z nieśmiertelnym Tekkenem 3, który sprawił, że bijatyki mają specjalne miejsce w moim sercu. Fan gier, Gundamów, Japonii oraz wszystkiego co nosi znamiona kultury popularnej.
Articles: 32

Leave a Reply